Szukasz nieruchomości
Dane kontaktowe
* Dane podawane w formularzu zgłoszeniowym nie będą udostępniane osobom trzecim i zostaną wykorzystane jedynie do kontaktu z Państwem na potrzeby realizacji powierzonego nam zadania sprzedaży lub wynajmu nieruchomości. Więcej - polityka prywatności
Zakres

Rodzaj nieruchomości


Dodatkowe wymagania / preferencje **
* podanie zarówno telefonu jak i adresu e-mail ułatwi nam sprawne skontaktowanie się z Państwem
** prosimy, aby opis preferencji zawierał jak najwięcej szczegółów. Dobrze zrobiony opis ułatwi nam właściwe przedstawienie oferty dostosowane do Państwa wymagań.
Zgłoś ofertę
Dane kontaktowe*
*Dane podawane w formularzu zgłoszeniowym nie będą udostępniane osobom trzecim i zostaną wykorzystane jedynie do kontaktu z Państwem na potrzeby realizacji powierzonego nam zadania sprzedaży lub wynajmu nieruchomości. Więcej - polityka prywatności
Szczegóły oferty
Kategoria
Powierzchnia mieszkania
Powierzchnia działki
Kod pocztowy
Dodaj zdjecia*
*Prosimy o przesyłanie zdjęć w formacie .jpg, rozdzielczości 72dpi, dłuższy bok 1000px. Jeśli mają Państwo więcej zdjęć obiektu lub nie mają Państwo możliwości obróbki zdjęc, prosimy przesłać je w osobnym e-mailu na adres: biuro@konstancina.pl
Opis oferty
* wysłanie zgloszenia nie jest jednoznaczne z zawarciem umowy na sprzedaż/wynajem nieruchomości. Umowa taka będzie sporządzona po porozumieniu w sprawie realizacji oferty.
** prosimy, aby opis oferty zawierał jak najwięcej szczegółów. Dobrze zrobiony opis ułatwi nam właściwe przedstawienie oferty potencjalnym klientom.

Kapitan Cook

W tym roku - mniej lub bardziej świadomie - powtórzyłem lądem całą prawie australijską trasę, jaką 237 lat temu zrobił kapitan James Cook, który dopłynął tu przez południową Amerykę i przez poznaną już wcześniej przez Holendrów Nową Zelandię. Został wysłany oficjalnie po to by zaobserwować z południowej półkuli zaćmienie słońca przez Wenus, z wyspy Tahiti. Tak naprawdę jednak 40-letni porucznik został powołany jako dowódca 29 metrowego trójmasztowca ze 100 osobową załogą, by podjąć wysiłek, którego dotąd nikomu nie udało się zwieńczyć sukcesem: by odnaleźć rajski, południowy ląd, który występował w wielu legendach na wschodzie i zachodzie, jako pełna złota i bogactw "Terra Australis Incognita". Okręt nawet nazwano "Endavour" usiłowanie, wysiłek. Ówczesne mapy już od ponad 150 lat były kreślone i uzupełniane przez żeglarzy, pokazujące południowy i zachodni brzeg australijskiej ziemi, którą nazwano mało oryginalnie Nową Holandią i który według nich stanowił jakby część Nowej Gwinei. Począwszy jednak od kpt.Willem'a Jansz'a, który jako pierwszy Europejczyk wylądował na australijskiej ziemi i który zanotował w dzienniku: "nie ma tam nic ciekawego", powtarzające się niepochlebne opinie rywalizujących ze sobą holenderskich i angielskich odkrywców i korsarzy, nie pozostawiały wątpliwości, że nie jest to ów spodziewany raj.

Dwa lata prawie od wypłynięcia z Londynu, 19 kwietnia 1770 roku, w czwartek, o świcie, Cook po raz pierwszy zobaczył wybrzeże Australii w okolicach dzisiejszego miasteczka o znaczącej nazwie Eden, które i dla mnie okazało się dość łaskawe, bo edeński policjant zatrzymawszy mnie za przekroczenie szybkości, zamiast wlepić mi 200 dolarowy mandat, udzielił mi tylko "pouczenia", jako turyście z odległej Europy. Nie wiadomo jednak dlaczego Cook nie zdecydował się od razu przybić do brzegu, choć tu, jesienne słońce w kwietniu jest jeszcze ciepłe. Ale Cook nie był turystą, nie mógł popełnić jakiegoś błędu, który by jemu i 100 jego ludziom odciął drogę do domu. Minął Bermagui, gdzie ja znalazłem miłą przystań na noc u Jacka i Julie, polsko-australijskiego małżeństwa, które zwabiła tu 5 lat temu rajska uroda tego niewielkiego portu położonego na skalistym klifie pokrytym trawą, kwitnącą łąkami różowych lilii, z plażami ukrytymi w niewielkich kieszeniach skalnych. Anglika nie zwabiły zatoczki pełne delfinów wyskakujących nad wodę, które tak zaganiają ławice ryb, o których obfitość nie muszą specjalnie konkurować ze stadami skrzekliwych rybitw, perkozów i wiecznie głodnych pelikanów. Myślę, że Anglicy bali się tych pięknych skalnych i nieznanych brzegów, pracowicie sondowali, mierzyli i kreślili mapy czegoś, co mogło być tylko jakąś większą wyspą. Płynąc cały czas na północ, minęli Sussex Inlet, wąski przesmyk w głąb lądu, zakończony dużym, okrągłym zalewem. Gdyby wiedzieli, jak ciepłe i pełne jadalnych abalonów, ostryg i małży są płytkie wody tego zalewu, gdzie kraby i ryby można niemal zgarniać kapeluszem, na pewno sir Joseph Banks, szef grupy naukowej odnotowałby to w swoich zapiskach. Tymczasem - odległość, którą ja pokonałem lądem, szosą Princess highway w półtora dnia - oni pokonali fregatą w 10 dni. Zbliżali się do brzegu często na odległość wzroku, ale bez przybijania.

W końcu w sobotę 29 kwietnia zakotwiczyli u cypla Kornell, zamykającego zatokę Botany, nad którą dziś lądują samoloty na lotnisku w Sydney. Tam po raz pierwszy spotkali ludzi, Aborygenów, ale nie było to udane spotkanie, raczej wzajemne demonstrowanie siły. Żaglowiec zakotwiczył tam na tydzień, marynarze łowili mnóstwo ryb, mieli świeżą wodę, podejmowali wciąż nieudane próby kontaktów z Krajowcami. Korzystając z przerwy w żegludze, 3 botaników wyprawy: Szwed Daniel Solander i Fin Herman Spöring i brytyjski lord Joseph Banks łowi, gromadzi, szkicuje i opisuje nieznane nauce okazy flory i fauny - w takich ilościach, że trudno było z tym wręcz nadążyć. Wszystko tu jest inne jakby byli na nieznanej planecie. Dzięki tym odkryciom, szczególnie sir Banks zyskał potem nieśmiertelną sławę. Po podjęciu dalszej drogi na północ zauważyli dużą, wygodną dla żeglugi zatokę, nad którą – dzięki pomysłowi Banksa – już 18 lat później zacznie się instalować stała brytyjska kolonia, która da początek Sydney, największemu i najpiękniejszemu miastu Australii.

Dziś 3 milionowa metropolia położona jest na obu brzegach głębokiej i rozwidlającej się zatoki, spiętej nie tylko kilometrowym mostem Harbour Bridge, wznoszącym się 52 metry ponad lustro wody, ale i tunelem idącym pod dnem. Warto wspiąć się z przewodnikiem na wznoszące się na 134 m. wysokości przęsło tego mostu, by zobaczyć niezwykły widok panoramy miasta, gdzie słynny gmach opery lśni swoimi niby-żaglami, połyskującymi biało w słońcu, wśród fal błękitno-złotej wody otaczającej ją z trzech stron i wznoszącego się za nią tła głębokiej zieleni rozległego parku, pokrywającego wzniesienie. Tego widoku, a tym bardziej skupiska wystrzelających w chmury wieżowców, załoga odkrywców nie mogła się nawet domyślać. Ja, po krótkiej wizycie u znajomych, również ruszyłem na północ, w kierunku innego nieznanego odkrywcom raju: miasta Surfers Paradise, gdzie współcześnie wyrasta wprost z białego piasku plaży potężny las wieżowców, tworząc 4 co do wielkości aglomerację miejską Australii - Goldcoast, w której czekali na mnie przyjaciele z Auckland. Z przekazów zachowanych dzienników pisanych przez kilka osób z załogi żaglowca wiadomo, że przybijali oni zaledwie kilka jeszcze razy, już to do brzegu, już to na mijane wyspy, których im bliżej Wielkiej Rafy tym było więcej - ale nie znaleźli tu przyjaciół wśród licznie mijanych aborygeńskich plemion. Zakotwiczyli na przykład na pół godziny na koralowej wyspie, którą Cook nazwał sobie wyspą Dunk, by przypochlebić się brytyjskiemu admirałowi noszącemu to nazwisko. Podczas całej wyprawy nadawał wymyślane ot tak nazwy wielu miejscom, na których spoczął tylko jego wzrok.

Ja spędziłem na tej wyspie kilka dni, opływając ją łodzią, wędrując z jednego krańca na drugi poprzez porastający ją tropikalny, gęsty las. W tych niezwykle ciepłych wodach można pływać całymi dniami bez zmarznięcia. Podglądałem i fotografowałem gromady niebieskich krabów-żołnierzy, które z chrzęstem wędrują po plaży. Nurkując wśród skał goniłem płaszczki i zielone żółwie, przyłączałem się pod wodą do ogromnych ławic ryb, których połyskliwa, rozedrgana, skłębiona masa, otacza nurka ze wszystkich stron tak szczelnie, że zatracić może poczucie orientacji. Mimo tej znajomości, to nie ja miałem przywilej nazwania wyspy, którą mógłbym nazwać na przykład Wałęsa od najsłynniejszego współcześnie Polaka, albo idąc tropem Cooka, nazwać ją Wyspą Skowronka, by zdobyć tym choć trochę przychylności naszego konstancińskiego burmistrza. Nie zachowała się tez nazwa, której używali znający ją od tysięcy lat Aborygeni. Znać jakże istotny jest we wszystkim moment historyczny.

W tym czasie, kiedy Cook tak tanio nabywał lądy dla swojego kraju, w Polsce, król Staś przyjmował na obiadach czwartkowych w Łazienkach, miłą intelektualną rozmową, elitę naszego kraju. Mój prapradziad, Michał Krzyżanowski, 6 pokoleń przede mną, a tylko 10 lat młodszy od Cooka, został wtedy miecznikiem kaliskim i ani jeszcze myślał, że 20 lat później będzie uchwalał 4 maja, jako senator-kasztelan, pierwszą w Europie konstytucję, która choć tak ważna i słuszna, niczego już historycznie nie zdążyła naprawić. Co ciekawe Cook, oficjalnie, objął cały ten nowy kontynent w imieniu swego króla Jerzego III, nazywając go Nową Południową Walią dopiero wtedy, kiedy przekonał się, że kończy się on od północy na półwyspie York i wbrew temu co sądzili Holendrzy, nie ma połączenia z Nową Gwineą. Ja raczej nazwałbym go "Nowym Konstancinem", a na pewno nie "Powsinem", ani "Oborami", mimo, że lubię te miejsca. Bo to nazwy mniej piękne.

Cook popełnił przy tym błąd, bo ogłosił to posiadanie nie na stałym lądzie, ale na wyspie, którą potem nazwano od tego faktu Posession Island. Więc można by to uznać za nieważne dla całości kontynentu. Znać jednak, że liczy się nie tylko historyczny moment, nie liczy się również tak bardzo słuszność i racja, którą my Polacy tak często mieliśmy historycznie. Niewiele one znaczą, gdy nie stoi za nimi: siła, znaczenie, potęga. Andrzej Krzyżanowski