Szukasz nieruchomości
Dane kontaktowe
* Dane podawane w formularzu zgłoszeniowym nie będą udostępniane osobom trzecim i zostaną wykorzystane jedynie do kontaktu z Państwem na potrzeby realizacji powierzonego nam zadania sprzedaży lub wynajmu nieruchomości. Więcej - polityka prywatności
Zakres

Rodzaj nieruchomości


Dodatkowe wymagania / preferencje **
* podanie zarówno telefonu jak i adresu e-mail ułatwi nam sprawne skontaktowanie się z Państwem
** prosimy, aby opis preferencji zawierał jak najwięcej szczegółów. Dobrze zrobiony opis ułatwi nam właściwe przedstawienie oferty dostosowane do Państwa wymagań.
Zgłoś ofertę
Dane kontaktowe*
*Dane podawane w formularzu zgłoszeniowym nie będą udostępniane osobom trzecim i zostaną wykorzystane jedynie do kontaktu z Państwem na potrzeby realizacji powierzonego nam zadania sprzedaży lub wynajmu nieruchomości. Więcej - polityka prywatności
Szczegóły oferty
Kategoria
Powierzchnia mieszkania
Powierzchnia działki
Kod pocztowy
Dodaj zdjecia*
*Prosimy o przesyłanie zdjęć w formacie .jpg, rozdzielczości 72dpi, dłuższy bok 1000px. Jeśli mają Państwo więcej zdjęć obiektu lub nie mają Państwo możliwości obróbki zdjęc, prosimy przesłać je w osobnym e-mailu na adres: biuro@konstancina.pl
Opis oferty
* wysłanie zgloszenia nie jest jednoznaczne z zawarciem umowy na sprzedaż/wynajem nieruchomości. Umowa taka będzie sporządzona po porozumieniu w sprawie realizacji oferty.
** prosimy, aby opis oferty zawierał jak najwięcej szczegółów. Dobrze zrobiony opis ułatwi nam właściwe przedstawienie oferty potencjalnym klientom.

Nie tylko Australia

Wiadome jest wszystkim fotografującym, że najlepsze fotografie, najwspanialsze ujęcia to te, kiedy nie miało się ze sobą aparatu, albo właśnie skonczył się film. Prawie zawsze mam ze sobą aparat - lubię robić zdjęcia. Nie raz udało mi się uchwycić coś interesującego jak choćby z wydarzenia, teraz już historyczno-symbolicznego jakim było zburzenie pomnika Dzierżynskiego w Warszawie na oczach mściwie rozradowanego tłumu. Czułem się wtedy, jakbym uczestniczył w jakiejś powtórce z historii: burzenia pomników znienawidzonych cezarów rzymskich, wyłupywaniu napisów pochwalnych upadłych w niełasce faraonów, zrzucania i niszczenia swastyk i emblematów hitlerowskich. Jednocześnie czułem taką samą mściwą radość jak inni i było to widać na tych fotografiach . Chcę jednak mówić o fotografiach nie zrobionych. Jedna z nich, to typowy żart sytuacyjny. Jest w Konstancinie ładna stylowa willa, która na frontonie ma umieszczoną nazwę: Wenus. Któregoś razu przechodziłem tamtędy ulicą i zobaczyłem taki widok: z bocznego okna na piętrze, wychyla się ku temu napisowi potężna postać kobiety chcącej zapewne omieść go z kurzu i pajęczyn. Jest to trudne i ryzykowne zadanie dla kogoś o dość znacznej tuszy. Ona jednak nie rezygnuje: podkasuje szarą spódnicę i prawą ręką trzymając się framugi robi lewą nogą wykrok w próżnię. Tak przytulona do szarego muru, rozpłaszczona na nim i rozkrzyżowana, z rozwiązującą się chustką na głowie zastyga by sięgnąć miotłą do niewidocznych z dołu pajęczyn. W mojej fototece nieistniejących zdjęć, to ma tytuł: "Wenus Konstancinska"

Żałuję wielu fotografii, szczególnie ludzi dawnego Konstancina - nawet nie tych wielkich i znanych, ale tych, którzy nadawali pewien odmienny koloryt naszemu kochanemu miasteczku: "Kazio" czyli "Rumcajs" wałęsający się, nieodmiennie w kaloszach i z kijkiem po ulicach, szukający pono jakiegoś zakopanego skarbu; "Konsulowa", pękata staruszka w wielkich ukwieconych kapeluszach, ubrana i umalowana tak, jakby była żywcem przeniesiona z filmów Felliniego; "Pan Sowa", dystyngowany jegomość z laską, zawsze w olbrzymich, ciemnych i okrągłych okularach, z długimi, do ramion, bielusienkimi włosami; starsza Pani Rudniewska z umalowanym na płomienno-rudo kręconym "afro" na głowie, przechadzająca się z wianuszkiem fantazyjnie wystrzyżonych pudli na smyczy. Można by tak długo wymieniać - myślę, że wszyscy ich pamiętamy. Wtedy, kiedy istnieli nawet nie pomyślałem, by ich sfotografować. W Polsce i w wielu krajach ludzie nie są chętni robieniu im zdjęć. W Grecji malowniczo wyglądający brodaci mnisi uciekają w panice sprzed obiektywu. Fotografowanie stojących w kolejce przed sklepem mięsnym, u nas, w latach 70-tych czy 80-tych mogło się skonczyć pobiciem lub zniszczeniem sprzętu. W Indonezji natomiast wręcz przeciwnie, nieznajomi potrafią zaczepić na ulicy człowieka idącego z aparatem, prosząc by ich "uwiecznił". Nieważne: wystrojeni czy w łachmanach, młodziutkie piękności czy kalecy starcy - bezinteresownie.

Jedno z takich moich nieistniejących ujęć pochodzi z Dżakarty - miasta kontrastów - gdzie piękne pałace czy nowoczesne wieżowce, sąsiadują z dzielnicami nędzarzy. Jako fachowiec od nieruchomości przyglądałem się jakiejś pięknej rezydencji w stylu kolonialnym. Tuż za jej murem, na sąsiedniej działce ukazał mi się taki obraz: wielkie rumowisko śmieci, resztek jakiś sprzętów, roślin i kolorowych owoców, oplecione wijącymi się z niego cienkimi smużkami dymu, a wszystko to na tle dwóch chatynek skleconych z desek, dykty i falistej blachy. Wśród tego chaosu pasą się trzy białe kozy, łaciaty pies wyjada resztki u stóp tej sterty, a na jej szczycie żebrak w zawoju na głowie grzebie zawzięcie długim kijem. Kiedy zobaczył, że stoję z aparatem i patrzę, wyprężył się do fotografii robiąc "przyjemny wyraz" swojej starej i pobrużdżonej twarzy.

Nie miałem już kliszy, ale cóż było robić, pstryknąłem, nawet kilka razy "na pusto" i widziałem, że ucieszyło to starego człowieka bardziej niżbym mu wręczył jakiś datek. Następnego zdjęcia nie mogłem zrobić sam, powinna to być trzecia osoba, najlepiej fotograf z National Geographic Magazine. Lazurowe Wybrzeże, Nicea, miasto milionerów. Idziemy z moją żoną eleganckim, wysadzanym platanami, bulwarem Victor Hugo. Spoglądamy na chodnik po drugiej stronie ulicy, a tam, w przeciwnym kierunku niż my, kroczy sobie ogromny, lśniący i wypasiony szczur. Przystaje, wspina się na tylne łapki i spogląda na nas przez chwilę tak, jakby chciał uchylić przed nami kapelusza, po czym spokojnie rusza dalej, do swoich, nie cierpiących zwłoki, spraw. Australia jest rajem dla fotografa. Jest w niej prawie wszystko: rozległe wspaniałe krajobrazy, niezniszczona dzika przyroda, egzotyczne zwierzęta, rośliny i ciekawe typy ludzkie: tak europejskie i azjatyckie wszelkich odmian i mieszanek, jak i rdzennej ludności. Nie ma tyko starszych zabytków, śladów (jeśli nie liczyć aborygenskich malowideł naskalnych sprzed 10-15 tysięcy lat) dawnych kultur, do jakich przyzwyczajeni jesteśmy w Europie. Tu wtrącę dygresję. W ostatnim felietonie napisałem, że Aborygeni otrzymali obywatelstwo australijskie dopiero w 1973 roku. Po oddaniu tekstu do druku otrzymałem E-maila z Tasmanii, od byłego ministra rządu stanowego Nicka Evers’a, przyjaciela moich przyjaciół, w którym wyjaśnia on tę kwestię. Otóż cytując za Prof. Henrym Reynolds'em z dzieła "Aborigines and Settlers":"Referendum z maja 1967 roku zmieniło sekcję 127 Federalnej Konstytucji ...". A więc sześć lat wcześniej. Nie zmienia to faktu, że Aborygeni byli przez Europejczyków przez dziesiątki lat (jeśli liczyć od odkrycia Australii, przez 200 lat) niszczeni i wykorzystywani w sposób często bardzo okrutny i bezduszny.

Mimo, z górą, 30 lat posiadania przez nich pełni praw obywatelskich nadal nie jest idealnie. Wciąż widać - szczególnie w większych skupiskach aborygenskich, w centralnej Australii - że Biały nie jest neutralnie przez nich odbierany. Ich reakcja jest nie agresywna, jest to raczej rodzaj takiego zamknięcia się w sobie, przybrania maski kompletnej obojętności, bezwładu. Przede wszystkim kobiety i starzy nie patrzą w stronę Białego, jakby go nie widzieli. Jechaliśmy w tym roku z moim ojcem pustynną drogą w interiorze i zatrzymaliśmy się przy zbiorniku z pitną wodą, jakie tam gdzie niegdzie stoją dla przejezdnych. Poszliśmy zobaczyć koryto wyschniętej rzeki. Kiedy wróciliśmy, zastaliśmy drugi samochód i rodzinę Aborygenów, którzy się też tu zatrzymali. Mężczyzna siadł sobie na ławeczce w cieniu, pod daszkiem. Kobieta i dzieci bawiły się przy zbiorniku. Odpowiedzieli na nasze przywitanie. Ojciec mój siadł obok mężczyzny na ławeczce. Stanąłem i zwracając się do niego powiedziałem po angielsku: - Chciałbym zrobić zdjęcie obu panom. Australijczyk, nie spojrzał na mnie, nie drgnął, jak gdyby nikt nic nie powiedział. Nie zaprotestował ani nie przyzwolił, ale jakby zapadł się w sobie. Aparat w moich rękach i te słowa zawisły w bezruchu. - Nie jest to chyba dobry pomysł - rzekłem jakby do siebie i mimo słabych protestów mojego ojca, któremu zależało na takiej fotografii, schowałem aparat. Za chwilę odjeżdżaliśmy, dzieci i kobieta nie zwrócili na to uwagi. Mężczyzna wstał i zamachał nam na pożegnanie. Być może Biali, traktując go lekceważąco doprowadzili go o krok od nienawiści. Być może nie popchnąłem go do tego kroku. Uśmiechnął się do mnie. Wtedy wiedziałem już, że to moje najlepsze nie zrobione zdjęcie w życiu.