Szukasz nieruchomości
Dane kontaktowe
* Dane podawane w formularzu zgłoszeniowym nie będą udostępniane osobom trzecim i zostaną wykorzystane jedynie do kontaktu z Państwem na potrzeby realizacji powierzonego nam zadania sprzedaży lub wynajmu nieruchomości. Więcej - polityka prywatności
Zakres

Rodzaj nieruchomości


Dodatkowe wymagania / preferencje **
* podanie zarówno telefonu jak i adresu e-mail ułatwi nam sprawne skontaktowanie się z Państwem
** prosimy, aby opis preferencji zawierał jak najwięcej szczegółów. Dobrze zrobiony opis ułatwi nam właściwe przedstawienie oferty dostosowane do Państwa wymagań.
Zgłoś ofertę
Dane kontaktowe*
*Dane podawane w formularzu zgłoszeniowym nie będą udostępniane osobom trzecim i zostaną wykorzystane jedynie do kontaktu z Państwem na potrzeby realizacji powierzonego nam zadania sprzedaży lub wynajmu nieruchomości. Więcej - polityka prywatności
Szczegóły oferty
Kategoria
Powierzchnia mieszkania
Powierzchnia działki
Kod pocztowy
Dodaj zdjecia*
*Prosimy o przesyłanie zdjęć w formacie .jpg, rozdzielczości 72dpi, dłuższy bok 1000px. Jeśli mają Państwo więcej zdjęć obiektu lub nie mają Państwo możliwości obróbki zdjęc, prosimy przesłać je w osobnym e-mailu na adres: biuro@konstancina.pl
Opis oferty
* wysłanie zgloszenia nie jest jednoznaczne z zawarciem umowy na sprzedaż/wynajem nieruchomości. Umowa taka będzie sporządzona po porozumieniu w sprawie realizacji oferty.
** prosimy, aby opis oferty zawierał jak najwięcej szczegółów. Dobrze zrobiony opis ułatwi nam właściwe przedstawienie oferty potencjalnym klientom.

Królestwo Konstancin

W ciągu mojego długiego, 40- letniego życia, przekonałem się, że nie wszyscy w Polsce wiedzą, że Konstancin jest stolicą Polski, choć jest nią dla mnie. Przekonałem się również, że nie wszyscy na świecie wiedzą, że Warszawa jest stolicą Polski. Zdarzało już mi się na innych kontynentach, że sympatyczni Australijczycy, czy Amerykanie, słysząc, że jestem z Polski, mówili: - "a wie Pan, ja mam sąsiada, który urodził się w Budapeszcie. Podobno tam u was, też jest pięknie". Albo jak chcieli być szczególnie mili, mówili: - "wiem, wiem: zdrastwujtie, spasiba". - i spoglądali z dumą, że znają tych kilka słów z mojego języka, niby tajemnych zaklęć z baśniowej krainy "za górami, za lasami".

Nigdy jednak nie zdarzyło mi się, by ktoś nie wiedział, że Polska leży w Europie. Choć muszę przyznać, że miałem taką sytuację, która zachwiała tym przekonaniem u pewnego młodego Australijczyka.. Lecieliśmy samolotem na sąsiadujących fotelach z Melbourne do Rzymu. Ja wracałem z wakacji w Australii do "rodzinnej Europy", on wybierał się tam po raz pierwszy na wymarzone"wakacje swojego życia". W ciągu tych krótkich 23 godzin lotu, byłem mu europejskim ambasadorem i przewodnikiem tego bajecznego świata, który już za niedługo będzie miał zaszczyt zobaczyć. W Rzymie, po wyjściu z samolotu, wszyscy pasażerowie skierowali się do odprawy paszportowej. Cały tłum zbliżał się z wolna do kilku, przegradzających szeroki korytarz bramek, nad którymi było coś napisane. Kolejka zaczęła niemrawo się dzielić na dwie. Ludzie gorączkowo wypełniali deklaracje, wyciągali paszporty.

Zrobił się zator. Przechodził włoski celnik i widząc co się dzieje, krzyknął po angielsku: - "obywatele Europy na prawo, reszta na lewo". Część osób z tłumu, zaczęła się przepychać do przodu. Z daleka było widać, że prawa kolejka jest znacznie krótsza. Mój towarzysz, sądząc zapewne, że nie zrozumiałem, albo z uprzejmości dotrzymuję mu towarzystwa, chciał się ze mną żegnać. Nie bardzo pojmował moje tłumaczenie, że to tylko obywatele "Zjednoczonej Europy", do których Polska nie należy. Ale kiedy ta krótka, prawa kolejka stopniała, a celnik krzyknął: - "obywatele USA, Kanady, Australii i Nowej Zelandii na prawo" - i to on się ze mną żegnał, gdy ja zostawałem pośród egzotycznych azjatyckich i afrykanskich rodzin z tobołami, widziałem w jego oczach głęboki zawód. Były to oczy człowieka, którego oszukano, jakby zobaczył we mnie człowieka, który się pod kogoś podszył. Teraz, kiedy mamy iść niedługo do referendum w sprawie wejścia do Unii Europejskiej, we wszystkich rozmowach towarzyskich, na każdych spotkaniach, czy rodzinnych przyjęciach, wyskakuje jako "dyżurny temat" Europa. Wielu, widzi w tym "wejściu" oddanie niedawno zdobytej niepodległości Polski, nieomal kolejne "rozbiory", nie rozumiejąc, że to tylko unia gospodarcza, elegancki klub, którego członkowie nie oddają się nikomu w niewolę.

Owszem, dla wspólnej korzyści przestrzegają wspólnych zasad i obowiązani są traktować siebie nawzajem równoprawnie i z szacunkiem dla odmienności: języka, kultury i wiary. Prawie 40 milionowy Naród, mający tak spójną kulturę i język, i historię, która nas do tej spójności szlifowała od wieków, nie ma się czego bać. Nie może się bać, że się w tej Europie "rozpłynie". Już prędzej mogą się tego bać Czesi, czy Słowacy, Litwini, czy malutka Malta. Tak jak kiedyś, mogli się bać kilkumilionowi Szwedzi czy Dunczycy, Austriacy czy Belgowie albo biedni Irlandczycy, których jeszcze w roku mojego urodzenia mieszkało w Irlandii niecałe 3 miliony. A jednak i oni się nie rozpłynęli. Wręcz przeciwnie - kwitną!

Dla mnie takie "przyłączanie", to nie jest pierwszyzna. Kiedy się urodziłem, szybko się okazało, że świat jest już podzielony na różne "królestwa". Moim, był kawałek ogrodu wokół domu, a właściwie kilka drzew, na które nauczyłem się wchodzić. Na ziemi panował pan Skoczek, ukochany nasz ogrodnik. Konce ogrodu od strony ulicy były opanowane przez "naród" tzw. "pijaków" z królem, panem Oślakiem, który zawsze się ładnie kłaniał moim rodzicom z królestwa "swoich" krzaków. Na ulicy, na wybrukowanej "kocimi łbami" Wilanowskiej, królowała Jadźka Kopyt ze swoim bratem oraz rodzenstwo Śmielaków, a liczny klan rodziny Lucysyn rządził "na blokach". To pewnie z tamtych czasów pochodzi moja nieufność do każdej władzy. Szczególnie się ona ugruntowała, kiedy świsnął mi kiedyś koło ucha kamien wielkości mojej głowy, rzucony przez brata Jadźki, albo kiedy dostałem z procy w palec od któregoś z Lucysynów. Z resztą pan Skoczek też żadnej władzy nie dowierzał. Mówił zawsze tylko: - "a kto jeich tam, Panie, wi". Kiedy miałem 8 lat, Jeziornę połączono z Konstancinem i Skolimowem, i powstało miasto Konstancin-Jeziorna. Wtedy już wiedziałem, że aby jakoś przeżyć, nie wystarczy mieć szybkie nogi i bystry wzrok. Wiedziałem, że trzeba należeć do jakiejś grupy, mieć kolegów, swoją "paczkę", zawierać jakieś alianse, pakty o nieagresji (my nie ruszamy twoich, wy naszych kolegów). Ale nie tylko by przeżyć, również by zachować swoją odrębność, indywidualność.

Teraz też, głównie mi zależy, by Konstancin wszedł do Europy (choć reszta Polski, przy okazji też). My - używając starej terminologii pana Skoczka - na Jeziórnie, na Porąbce i na Argentynie, w Mirkowie i na Skolmowie, w Klarysewie i na Gawroncu, w Chilicach, na Grapie i na Kostancinie, możemy tylko na tym skorzystać.. Więc niech kto żyw, idzie na te "europejskie wybory", z bloków to, czy z rezydencji, Ci z "komunałki" i Ci co na swoim siedzą. Idźmy wszyscy, mimo tego, że i władza nas do tego zachęca. Wyjątkowo nie róbmy władzy "na złość", byśmy nie wylewali dziecka z kąpielą, by było wiadomo, że to my chcemy, nie jacyś ONI. cdn. pisane przed referendum europejskim dla "UK Raport - gazety konstancinskiej" - Andrzej Krzyżanowski.