Szukasz nieruchomości
Dane kontaktowe
* Dane podawane w formularzu zgłoszeniowym nie będą udostępniane osobom trzecim i zostaną wykorzystane jedynie do kontaktu z Państwem na potrzeby realizacji powierzonego nam zadania sprzedaży lub wynajmu nieruchomości. Więcej - polityka prywatności
Zakres

Rodzaj nieruchomości


Dodatkowe wymagania / preferencje **
* podanie zarówno telefonu jak i adresu e-mail ułatwi nam sprawne skontaktowanie się z Państwem
** prosimy, aby opis preferencji zawierał jak najwięcej szczegółów. Dobrze zrobiony opis ułatwi nam właściwe przedstawienie oferty dostosowane do Państwa wymagań.
Zgłoś ofertę
Dane kontaktowe*
*Dane podawane w formularzu zgłoszeniowym nie będą udostępniane osobom trzecim i zostaną wykorzystane jedynie do kontaktu z Państwem na potrzeby realizacji powierzonego nam zadania sprzedaży lub wynajmu nieruchomości. Więcej - polityka prywatności
Szczegóły oferty
Kategoria
Powierzchnia mieszkania
Powierzchnia działki
Kod pocztowy
Dodaj zdjecia*
*Prosimy o przesyłanie zdjęć w formacie .jpg, rozdzielczości 72dpi, dłuższy bok 1000px. Jeśli mają Państwo więcej zdjęć obiektu lub nie mają Państwo możliwości obróbki zdjęc, prosimy przesłać je w osobnym e-mailu na adres: biuro@konstancina.pl
Opis oferty
* wysłanie zgloszenia nie jest jednoznaczne z zawarciem umowy na sprzedaż/wynajem nieruchomości. Umowa taka będzie sporządzona po porozumieniu w sprawie realizacji oferty.
** prosimy, aby opis oferty zawierał jak najwięcej szczegółów. Dobrze zrobiony opis ułatwi nam właściwe przedstawienie oferty potencjalnym klientom.

Wyspy małe i duże

W Australii, w zamierzchłym czasie "przed białym człowiekiem", Aborygeni wierzyli, że świat - oprócz ziemi, oceanu, nieba, słonca i księżyca - tak naprawdę nie istnieje. Wszystko inne jest tylko snem zielonych mrówek, przy czym, każda mrówka śni pojedynczego człowieka, pojedyncze drzewo, kwiat, a nawet małą muszlę leżącą na dnie szmaragdowo-błękitnego oceanu. Wyspa Fraser jest największą na świecie wyspą z piasku, który gromadził się tu, na południowo-wschodnim wybrzeżu stanu Qeensland, przez blisko 1 milion lat, by utworzyć długą na 123 km "hałdę", pokrytą prastarym tropikalnym lasem, pełną krystalicznych słodkich jezior, wysoką do 230 metrów nad poziom morza.

Można tylko przypuszczać, że około 5 tysięcy lat temu, tutejsze mrówki, znudziły się powolnym rytmem snu o płochliwych krabach mieszkających w podziemnych norkach przy plaży, o podobnych do jeża kolczatkach, przeszukujących długimi ryjkami poszycie leśne, o latających czy brodzących ptakach, żywiących się małżami i wyrzuconymi przez fale galaretowymi talerzami meduz. Nie zadowoliło ich wyśnienie niewielkich kangurowatych wallabii, wodnych żółwi i małych jaszczurek, ani metrowej długości goanny, wspinającej się na swych długich pazurach po gładkich i białych pniach eukaliptusów, w poszukiwaniu ptasich gniazd.

Sen trwałby, niezmienny aż do skonczenia świata, urozmaicony od czasu do czasu pojawieniem się rozbrykanych delfinów, przemknięciem ciemnego kształtu rekina na płyci1nie, czy zimowymi odwiedzinami dostojnych stad wielorybów. Jednak, kiedy we śnie którejś z mrówek pojawił się rudy, dziki pies dingo, a potem całe stado, można się było domyśleć, kto będzie następny: człowiek. O dziwo, nie zakłóciło to równowagi biologicznej wyspy przez następne kilka tysięcy lat.

Ludzie z plemienia Butchulla, nawet, kiedy już ich było prawie 3 tysiące, wiedzieli jak się zachowywać, tak, by ponad miarę, nie przeszkadzać w śnie sprawczym mrówkom. A ich dzieło było skonczone i doskonałe. Aż do któregoś bezchmurnego poranka, który tak niewinnie się zaczynając, zdał się pó1niej Aborygenom początkiem jakiegoś obłąkanczego sennego koszmaru dzikiej osy, albo stada zielonych gzów, które i dziś potrafią opaść o świcie nieprzygotowanego wędrowca, śpiącego obok zgasłego ogniska przy plaży.

Biali ludzie odgłosem siekier i pił, a potem parowych tartaków i lokomobil, obudzili jedną po drugiej wszystkie mrówki śniące "prawdziwych ludzi" - skonczył się "dreamtime". Budziły się i umierały całe mrowiska śniące drzewa, ptaki, ryby. Ale i tego było mało - biały człowiek zaczął robić coś niepojętego, zaczął kopać i wywozić barkami Ojca-Ziemię, piasek spod swoich stóp. Ponad 100 lat trwał ten koszmar, aż skonczył się tak nagle, jak gdyby wędrowiec, który zerwał się nagle z posłania, strząsnął z siebie te gzy uprzykrzone, skoczył i zanurkował w chłodne morskie fale.

Dziś, zanim wjedziesz terenowym samochodem na prom wiozący cię do tego odrodzonego raju, dostajesz broszurę zatytułowaną: "Przeczytaj mnie przed przybyciem, albo może cię to kosztować duże pieniądze". Są tam informacje o tym jak i kiedy poruszać się samochodem po plażach, które są tu głównymi autostradami dla całej wyspy. Jest tabela z czasem przypływów i odpływów oceanu, bo wiele plaż przy wysokim stanie znika pod wodą i bywało, że samochody tonęły, nie mogąc uciec na strome wydmy. Jest garść prostych rad i zasad: co trzeba i co warto mieć ze sobą, co robić jak się zakopiesz, albo potrzebujesz pomocy. Gdzie wolno, a gdzie nie, biwakować i dlaczego. Jest też osobny rozdział jak się zachować wobec dzikich zwierząt i wobec przyrody z wytłumaczeniem, dlaczego to jest tak ważne. Na koncu, na wszelki wypadek, jest tabela iście drakonskich kar, gdybyś jednak nie wszystko zrozumiał.

Moja żona, po przeczytaniu powyższego opisu pacyficznej wyspy stwierdziła: "bardzo to ładne, ale jak ty to powiążesz z Konstancinem ". Cierpliwości, mnie jak wiadomo, wszystko się kojarzy z Konstancinem. By to się stało, proszę pozwolić mi wtrącić dygresję z zupełnie innego obszaru kultury, innego czasu: otóż, Pitagoras, grecki mędrzec i matematyk, kiedy się go zapytano czy jest mądry, odpowiedział: "nie, jestem tylko przyjacielem mądrości". W tej australijskiej broszurze, na liście niezbędnych przedmiotów jest łopata (saperka) potrzebna nie tylko do wykopywania uwięzionych kół samochodu, ale i do zakopania drobnych śmieci i własnych odchodów. Są też na tej liście torby plastikowe, które trzeba mieć do zabrania swoich śmieci, takich, które nie ulegają szybkiemu rozkładowi. To taki proste.

Każdy mój powrót z Antypodów do Konstancina, z tych rozbuchanych mocnymi, soczystymi kolorami tropikalnych przestrzeni do naszych cichych, nieśmiałych, jakby malowanych akwarelą krajobrazów budzącej się wiosny, bardzo silnie na mnie działa. Każdego dnia jest inaczej, kiedy wychodzę do ogrodu, albo na łąki, albo jeszcze dalej do podmokłej olszyny w kierunku Obór. Piechotą, na rowerze, do miejsc znajomych, poprzez rozmokłą grząską ziemię, gdzieniegdzie przykrytą muślinem zieleni trawy i oziminy, kępkami bielejących zawilców i pachnących fiołków.

Wzrok jednak, odzwyczajony od takich widoków, co chwila natyka się na rozrzucone przedmioty, których tu być nie powinno - pojedyncze albo całe zwały, niekiedy pracowicie zapakowane w widoczne z daleka worki o różnych odcieniach odblaskowego błękitu - w lesie, na łące, w rowach przydrożnych - wszędzie. Czy w całym naszym uroczym miasteczku, wśród naszych władz nie znajdzie się paru - nie mówię przyjaciół mądrości - ale nawet jej dalekich znajomych, by coś z tym radykalnie zrobić, prostymi sprawdzonymi środkami, kijem i marchewką? By i u nas można się było cieszyć zielonym, pachnącym lasem, a nie koszmarnym snem dokuczliwych,